RSS
poniedziałek, 18 października 2010
Poprawiny

Wiem, wiem, że wszyscy oczekują nowego wpisu, ale oprócz tematu trzeba mieć też dobry moment gdy giętkie palce przeniosą na klawiaturę co pomyśli głowa.

Dlatego teraz mam tylko taką krotką  myśl.

Ministerstwo Zdrowia reguluje liczbę miejsc na studiach medycznych. Ministerstwo Sprawiedliwości na aplikacji sędziów i prokuratorów i w zasadzie referendarzy też.
Dlaczego Ministerstwo Edukacji Narodowej nie reguluje liczby studentów kierunków pedagogicznych? Nie wiem czy to dobrze czy to źle, ale dlaczego nie?

I drugą krótką myśl.

Wiem, że Januszowi Palikotowi nie zależy na mym marnym, nędznym głosie poparcia, ale miał szansę pokazać, że jest mężem stanu.

Otóż, zapewne zauważyliście w mediach mizerną informację, że Palikot powiedział "pieprzony sąd" o sądzie rejestrowym, że mu tak powoli stowarzyszenie rejestruje i jeszcze jakiegoś uzupełnienia braków chce.

Co w takiej sytuacji zrobiłby prawdziwy mąż stanu? Przypomnijmy, że Palikot ciągle jeszcze jest posłem. Co więc robi? Rozpoczyna bezpardonową i bezprecedensową walkę w Sejmie i mediach o szybsze rejestracje. Przywołuje fachowe badania i pokazuje, że Polacy na powolnym działaniu sądów rejestrowych tracą tyle samo pieniędzy prywatnych i publicznych co na złych skutkach działania dopalaczy.com, a szkody moralne dla społeczeństwa są niewiele mniejsze, bo obniżają zaufanie do wymiaru sprawiedliwości i administracji publicznej.

Dlatego, też prawdziwy poseł-mąż stanu w dniu kiedy zakrzyknąłby "pieprzony sąd" ugryzłby się w język i uderzył w pierś. Przyznał, że moja Komisja Przyjazne Państwo tego nie zrobiła, ale ja to zrobię. Napisałby projekt ustawy, którym to w mediach i Sejmie przekonywałby i agitował, zebrał szybko poparcie i już za tydzień mielibyśmy nowelizację antypieprzonym sądom a rejestracja trwałaby 24 godziny (jak na przykład to się dzieje w Wielkiej Brytanii).

Niestety pan Palikot nie jest mężem stanu. Jest starą babą, która potrafi tylko narzekać coś co w zasadzie on sam mógłby zmienić, a w swoim Ruchu Poparcia Palikota interesuje się przede wszystkim parami heteroseksualnymi tej samej płci i innymi rzeczami, które dla 80% społeczeństwa nie mają żadnego znaczenia.

 

piątek, 01 października 2010
Wolne w Trzech Króli

Będzie o święcie.

Odkąd ktoś parę lat temu wspomniał o przywróceniu święta w Trzech Króli odtąd podnosiło się larum, że Polski na to nie stać, że jesteśmy społeczeństwem na dorobku i że w ogóle gdyby wszystkie soboty były pracujące to PKB rosłoby nam szybciej niż w Chinach.

Co ciekawe najtwardziej zawsze przy tym haśle opowiadał się nie kto inni, ale pracodawcy zrzeszeni w przerożnistych swoich organizacjach. Dzisiaj w radiu usłyszałem od przedstawiciela jednej z takich organizacji, że wolny dzień w Trzech Króli uszczupli 'finanse publiczne" (autor tej wypowiedzi miał na podatkowe i niepodatkowe przychody budżetu państwa, samorządów, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych itd.) 400 mln złotych!!!

No i tak sobie myślałem, myślałem, myślałem, myślałem "Gdzie na tych Trzech Królach, aż taka strata?" Przecież w rolnictwie to zima, więc tylko hodowla zwierzęca działa a rolnik nie śpi i krowie da siana obojętnie czy to święto czy nie święto. Przemysł ciężki, to w większości zakłady pracujące w ruchu ciągłym no więc święto czy nie święto i tak wywalcują tyle samo stali i wytłoczą tłoków i odleją odlewów a nawet wydmuchają tyle samo szklanek. Przemysł lekki, np. fabryka szachów lub szwalnia pościeli. Owszem, tu produkcja będzie mniejsza - to rozumiem. Handel i usługi. No owszem sklepy pozamykane (w każdym bądź razie te większe) ale chyba każdy z doświadczenia życiowego przyzna, że jak ma kupić kurtkę to jak nie kupi jej w Trzech Króli to kupi dzień później. Jeśli ma kupić chleb, mleko i masło, to dzień przed Trzema Królami kupi więcej, więc summa summarum handel na tym jednym dniu bardzo nie ucierpi.

Poza tym należy zauważyć, że święto jakie by ono nie było ogólnie zwiększa konsumpcje. Bo? Bo pojedziemy do babci, więc zużyjemy więcej paliwa.  Babcia zrobi wystawny obiad, wiec zakupi więcej droższych rzeczy niż zwykle. Bo ci którzy nie pojadą do babci, to cały dzień będą siedzieć przez telewizorem
i komputerem więc zużyją wiecej prądu. Licealiści wypiją więcej alkoholu itd. itp. Zauważcie wzrasta zużycie towarów obłożonych akcyzą i 22% (jeszcze) VATem.

Co ciekawe, Trzech Króli staje się od 2011 r. wolne, ale za to znika dzień wolny w zamian za święto przypadające w sobotę. Jak ktoś sptrytnie obliczył w latach 2011-2020 będziemy mieć 10 wolnych Trzech Króli, ale za to pracownicy dostaną mniej o 9 wolnych dni w zamian za święto przypadające w sobotę. Wychodzi na to, że tak w sumie to w dziesięcioleciu będzie tylko jeden dzień wolny więcej.

O co więc tyle krzyku? Nie domyśliłbym się pewnie nigdy, gdyby nie masońskie radio w którym w końcu usłyszałem dlaczego tak zażarcie organizacje pracodawców bronią dni pracujących. I to jeszcze zupełnie przypadkiem powiedział to jakiś gość programu. Gdzieżby tam

Bo pracownikowi który musi pracować w święto (np. własnie w hucie stali albo na stacji benzynowej) trzeba dać dodatek za pracę w święto. Jego efektywność jest taka sama jak w dzień powszedni a może i mniejsza (bo myśli o tym, że wszyscy właśnie zajadają się sernikiem babci i piją wino z piwnicy dziadka a on musi walcować stal) a trzeba mu zapłącić więcej. Jeśli natomiast jest pracownikiem fabryki szachów, to w święto nie pracuje ale jeśli pracodawca faktycznie ma popyt na szachy, to będzie musiał dopłacić pracownikowi za nadgodziny spędzone przy dodatkowych konikach szachowych.

Więc kto straci na takim jednym wolnym, świątecznym dniu w roku? Na pewno nie finanse publiczne. Pracownik dostaje większe wynagrodzenie więc składki do ZUS i NFZ i podatek dochodowy będzie większy a także oznacza to, że wyda więcej, więc VAT też będzie wiekszy.

Kto więc traci? Pracodawcy. I to nie wszyscy, ale proszę zauważcie jaki w mediach każdorazowo lament się podnosił i ileż to razy dało się słyszeć "nie stać nas na kolejny dzień wolny".

No i tak więc płenta spłentowała się sama.

Dobranoc.

 

 

 

czwartek, 30 września 2010
Anty antyklerykał

Słucham sobie słucham radia dziś, a tu audycja antyklerykalna.

Kurde, ja rozumiem, że to radio masońskie (wszyscy wiedzą jakiej rozgłośni słucham), ale od czasu afery z krzyżem przed Pałacem Prezydenckim co dzień jest jakaś audycja antyklerykalna. Co dzień próbują wmówić biednym słuchaczom, że Polska to kraj wyznaniowy w którym wszyscy kłaniają się biskupom. W którym księża agitują z ambon. W którym wielkie przekręty robi Komisja Majątkowa i oddaje warte miliony nieruchomości obibokom w sutannach lub habitach. W którym dzieci przymusza się do chodzenia na religię w szkole.

Nie wiem czy słyszeliście, że niedawno jakaś sondażownia zrobiła sondaż z którego wynika, że tylko 48% ludzi posłałoby dzieciaka na religię, gdyby religia była jak w PRLu poza szkołą. Obecnie na religię jako lekcję szkolną dzieciaka posyła podobno 95% rodziców.

To ja się pytam, co to są za rodzice, którzy tak męczą swoje biedne dzieci wtłaczaniem im do głowy nie chcianych ani przez dzieci ani przez rodziców treści ideologiczno-teologicznych? Przecież żeby wypisać dzieciaka z religii wystarczy pisemne oświadczenie rodziców i z głowy.

Słyszałem historie, że ludzie posyłają dziecko na  religię tylko dlatego, żeby nie było wytykane palcami przez kolegów, że antychryst i w ogóle, albo że ksiądz będzie dzieciaka na korytarzu co dzień agitował i strofował czemu na religię nie chodzi. Argument ostracyzmu odpada bo gdyby z dnia na dzień wszyscy którzy nie chcą religii w szkole przestali posyłać dzieciaka na religię, to ci chodzący staliby się mniejszością.

Ale dojdźmy do wniosków. Łatwiej mówić jaki to kraj przez księży i Radio Maryja zniewolony a rządzący wokół grubych, biskupich palców owinięci niż wziąć sprawy we własne ręce i wypisać się z Kościoła a dziecko wypisać z religii.

Bo zawsze łatwiej jest być anty niż pro. Łatwiej być przeciw księżom i narzekać na ich ucisk, stawiać opór niż zrzucić ciężkie jarzmo, bo bez jarzma nie ma już na co narzeka i czemu sie opierać.

Aż mi się przypomniało jak gdzieś pod koniec lipca jakaś wielka piękna pani redaktor z Wysokich obcasów (tfu!) pisała jaki to problem jej robi Kościół katolicki, bo ona gdzieś tam w jakichś kartotekach jakiegoś biskupa figuruje jako członek tegóż Kościoła, ale ona nie wierzy, członkiem się nie czuje i nie praktykuje, ale żeby się wypisać to musiałaby osobiście do tej kurii biskupiej jechać żeby się wypisać, ale nie pojedzie bo jej się nie chce. Dzięki temu jeszcze przez całe lata będzie mogła pisać o opresji kleru katolickiego i jarzmach niewoli naruszających jej prawa człowieka przez przymusowa przynależność do organizacji. Kurde, a ciekaw jestem czy pod koniec grudnia jakieś święta obchodzi.

A tak na zakończenie, to jestem za likwidacją Komisji Majątkowej. W ogóle jej utworzenie to była porażka, ale co ciekawe powstała w maju 1989 r. a wiec przed sejmem kontraktowym. Ale o tym następnym razem. Dobranoc.

 

niedziela, 09 maja 2010
Nie dodaje linków

Zazwyczaj nie dodaję linków, ale dziś dodam.

Zatem:

http://www.tuskwatch.pl/

Świetna strona. To o czym zawsze marzyłem. Podsumowanie obietnic przedwyborczych i ich realizacji w trakcie kadencji.

Szkoda że nie ma takiej strony z "dokonaniami" PiS i wcześniej SLD (tfu!) z czasów gdy byli "koalicją rządzącą".

I jak tak sobie patrzę na tę stronę i tej drugiej Irlandii nie widzę, to zastanawia mnie co kieruje ludźmi którzy po raz kolejny będą głosować na tych którzy zawiedli. Mam tu na myśli zarówno tych głosujących na PO jak i na PiS i na SLD.

 

 

 

sobota, 24 kwietnia 2010
Ubiegł był mnie

Widzicie, chciałem po długiej nieobecności mej na tymże blogasie zrobić wpis. Wpisać wpis. Wpis niczym wpis do księgi wieczystej. Tak wiekopomny i pamiętny. Tak rozwinięty i namiętny.

Wpis który przenicowałby Wasze umysły niczym... cośtam cośtam.

Ale co?

Ale ubiegł mnie swym mądrym i bystrym zmysłem i umysłem pewien publicysta poczytnego dziennika i całe me przemyślenia wylał i wyraził Ten On.

Dlatego, też odsyłam Was do strony A2 dziennika Rzeczpospolita z 23 kwietnia 2010 r. do krótkiego a sympatycznego komentarza imć Mazurka. Onże tenże wyraził myśli me.

 

 

 

czwartek, 18 marca 2010
Masterzy Papetów

 

Dobry film. Może nie jest jakiś odkrywczy, ale jest jakimś novum w polskich mediach i podoba mi się jego idea - pokazujemy co mówili parę lat temu i porównujemy z tym co mówią teraz.

Nie podoba mi się natomiast gloryfikowanie Piekarza z Legnicy i pana Grzegorza z Warszawy.

 

 

niedziela, 14 marca 2010
Kontrreformacja

Jako odpowiedź na komentarz.

Pomysł Korwina jest super, ale to mogło w pełni wypalić tylko w pierwszej połowie lat 90tych, jak naprawdę było co prywatyzować. Teraz nawet gdyby sprywatyzować wszystko co do sprywatyzowania zostało, to by to wystarczyło najwyżej na półtora roku bieżących wypłat. Gdyby zasilić tym słynny Fundusz Rezerwy Demograficznej, to by miało większy sens na dłuższą metę, ale niewiele pomogło w bieżących latach.

Ciągle aktualny jest natomiast postulat Korwina, żeby młodzi odkładali już sami na swoje emerytury. Trzeba postawić kolejny granicznych rocznik 1989 albo 1999 jako tych którzy już w 100% składają na swoje prywatne emerytury.

Ale co zrobić z obecnymi emerytami i tymi którzy od lat wrzucają do ZUSu i za 10,20 lat osiągną wiek emerytalny, skoro z prywatyzacji nie wystarczy? Wg mnie jedynym, trudnym, ale zawsze jakimś, wyjściem z obecnego systemu jest przerzucenie ciężaru wypłaty bieżących emerytur na budżet państwa:( Żeby to jakoś udźwignąć trzeba podnieść VAT przez wprowadzenie jednej jednolitej stawki, np. 18%

Obecnie, przy stawkach 3% 7% i 22% efektywność podatku VAT zależnie od roku waha się między 9 a 13%.  W roku 2008 kiedy efektywność była wyższa i wyniosła właśnie 13%, wpływy do budżetu państwa z tytułu podatku VAT wyniosły 110 mld zł.  Podniesienie efektywności do 18% daje wpływy 152 mld zł, przy założeniu takiej samej ściągalności, wielkości konsumpcji itd. Pamiętajmy, że jest jeszcze duże pole z niewiadomych powodów nieobjęte podatkiem VAT albo nieobjęte jego rejestracją za pomocą kas fiskalnych, dlatego tez twierdzę, że wprowadzenie jednej stawki nawet tak niskiej jak 18% połączone z innymi działaniami tak naprawdę zwiększyłoby wpływy o więcej niż 42 mld zł.

Akcyza jest drugim polem do popisu. Wszystkie towary obecnie objęte podatkiem akcyzowym mają stawkę 22% VAT. Zmniejszenie jej do 18% to niewielki, ale zawsze, spadek cen tych towarów. W takiej sytuacji jednoczesne podniesienie akcyzy na te produkty nie zwiększy ich ceny tylko zmniejszy jej spadek. Warto zauważyć, że gdyby podnieść akcyzę na energię elektryczną o 1 zł/MWh, to przeciętna polska rodzina zapłaci ok. 5 zł więcej za prąd w ciągu całego roku, a budżet dostanie ok. 13 mln zł więcej w ciągu roku.

Jednocześnie likwidujemy całkowicie tzw. składki po stronie pracownika. Nie likwidujemy tzw. składek po stronie pracodawcy. Dlaczego? Dlatego, że pracownik swój większy dochód przeznaczy na konsumpcję (a dochody z podatku VAT w 92% pochodzą z wydatków czysto konsumpcyjnych). Pracodawca owszem przeznaczy na opodatkowaną konsumpcję, jeśli jest osobą fizyczną, ale wielka spółka zaoszczędzone na składkach pieniądze albo zainwestuje, wypłaci jako dywidendę albo przeznaczy na kapitał zapasowy (przykładów można mnożyć) - nie zwiększy to zbytnio dochodów podatkowych, ani nie pobudzi popytu.

Likwidacja składek pracownika, powoduje że całościowe koszty pracy spadną z obecnych 39,5% do 27%, więc będzie to mieć niewielki wpływ na zmniejszenie szarej strefy, a więc minimalny wzrost wpływów z pozostałych składek i podatku dochodowego, ale przede wszystkim zwiększą się dochody pracownika. Przy płacy minimalnej (1317zł) to 180,56 zł netto więcej dla pracownika. Przy "średniej krajowej" (IV kwartał 2009 - 3243zł brutto), jest to już 444,62 zł.

Powiecie, że co z tego że dostaną więcej do ręki, skoro VAT będzie efektywnie wyższy. Tak, ale moim podstawowym założeniem jest to co twierdzi większość ekonomistów, że zawsze korzystniejsze dla ogółu gospodarki jest opodatkowanie pośrednie i to najlepiej w postaci neutralnego VAT niż opodatkowanie pracy, dlatego jeśli już w jakiś sposób się dorzucać do emerytur naszych dziadków i ojców, to poprzez VAT, który oni też jako emeryci płacą, niż poprzez oskładkowanie pracy.

No to rozpisałem się o emeryturach, to następnym razem napiszę co sądzę o rentach i innych zasiłkach co ZUSior wypłaca.

wtorek, 09 marca 2010
Emerytury i renty coraz niższe

 

Było sobie dwóch braci bliźniaków. Andrzej i Stefan. Przypuśćmy że obydwaj są stolarzami. W roku 2010 skończyli 20 lat. Drobny, polski przedsiębiorca Jan Kowalski prowadzący działalność pod firmą Jan Kowalski STOLAREX Stolarstwo precyzyjne proponuje im pracę i mówi tak:
- Według moich szacunków stolarz może wyprodukować 1 stół dziennie co daje średnio 22 stoły w miesiącu. Obliczyłem sobie, że żeby być konkurencyjnym, koszty pracy w produkcji stołów mogą wynosić maksymalnie 1590 zł miesięcznie. Znaczy więc, że na  każdego z Was mogę wydać w miesiącu maksymalnie 1590 zł. Jeśli zatrudnię Was  legalnie  oznacza to, że będziecie dostawać po potrąceniu wszystkich składek ZUS, NFZ i podatku dochodowego do ręki 1000 zł. Jeśli zatrudnię Was na czarno, to „oszczędnościami” na niepłaceniu składek i podatków podzielimy się po połowie, czyli będziecie dostawać do ręki 1295 zł i ja będę mieć z tego też 295 zł. Wybór należy do Was.
Andrzej wybrał pracę na czarno. Stefan pracę legalnie.
Andrzej pomyślał: pracuję na czarno, nie będę mieć emerytury. No to muszę inwestować w emeryturę samodzielnie. Andrzej znalazł sobie długoterminowy program inwestycyjny, będący jednocześnie polisą na życie gdzie wpłaca 200 zł miesięcznie.
Stefan pomyślał: pracuję legalnie, będę mieć emeryturę z I i II filaru. Moja składka emerytalna wynosi  261,67 zł miesięcznie. 163,81 trafia do ZUS a  97,86 do OFE.
Mamy ustawowy wiek emerytalny. Dla mężczyzn 65 lat. Wiedzą więc że przed nimi 45 lat pracy do emerytury.
Teraz założenie science-fiction. Przepracowali 45 lat. W wieku 65 lat obydwaj przechodzą na emeryturę. Który z nich dostanie większą emeryturę?

Było sobie dwóch braci bliźniaków. Andrzej i Stefan. Przypuśćmy że obydwaj są stolarzami. W roku 2010 skończyli 20 lat. Drobny, polski przedsiębiorca Jan Kowalski prowadzący działalność pod firmą Jan Kowalski STOLAREX Stolarstwo precyzyjne proponuje im pracę i mówi tak:

- Według moich szacunków stolarz może wyprodukować 1 stół dziennie co daje średnio 22 stoły w miesiącu. Obliczyłem sobie, że żeby być konkurencyjnym, koszty pracy w produkcji stołów mogą wynosić maksymalnie 1590 zł miesięcznie. Znaczy więc, że na  każdego z Was mogę wydać w miesiącu maksymalnie 1590 zł. Jeśli zatrudnię Was  legalnie  oznacza to, że będziecie dostawać po potrąceniu wszystkich składek ZUS, NFZ i podatku dochodowego do ręki 1000 zł. Jeśli zatrudnię Was na czarno, to „oszczędnościami” na niepłaceniu składek i podatków podzielimy się po połowie, czyli będziecie dostawać do ręki 1295 zł i ja będę mieć z tego też 295 zł. Wybór należy do Was.

Andrzej wybrał pracę na czarno. Stefan pracę legalnie.

Andrzej pomyślał: pracuję na czarno, nie będę mieć emerytury. No to muszę inwestować w emeryturę samodzielnie. Andrzej znalazł sobie długoterminowy program inwestycyjny, będący jednocześnie polisą na życie gdzie wpłaca 200 zł miesięcznie.

Stefan pomyślał: pracuję legalnie, będę mieć emeryturę z I i II filaru. Moja składka emerytalna wynosi  261,67 zł miesięcznie. 163,81 trafia do ZUS a  97,86 do OFE.

Mamy ustawowy wiek emerytalny. Dla mężczyzn 65 lat. Stefan wie że przed nim 45 lat pracy do emerytury. Andrzej wie, że przejdzie na emeryturę wtedy kiedy będzie mógł.

Teraz załóżmy, że obydwaj przepracowali całe 45 lat. W wieku 65 lat obydwaj przechodzą na emeryturę. Który z nich dostanie większą emeryturę?

 

poniedziałek, 08 marca 2010
Precz z wiekiem emerytalnym!

Wszyscy wiedzą, że ZUS i KRUS to samo zło, każdy chce to reformować lub w czambuł likwidować, ale mało kto wie jak to wszystko działa. A żeby wiedzieć co i jak zmienić trzeba wiedzieć dokładnie jak to jest teraz. Mam tu na myśli skąd i w jakich ilościach pieniądze przypływają a dokąd i w jakich proporcjach wypływają.

W uproszczeniu ZUS ma wpływy z:

1) składka na ubezpieczenie społeczne obciążająca przychody osób fizycznych - emerytalna, rentowa, chorobowo-macierzyńska, wypadkowa. Dla tzw. "pracowników" składki są liniowe, a dla przedsiębiorców kwotowe ryczałtowe.

2) od 2010 r. są to także odsetki od zysków Funduszu Rezerwy Demograficznej (też fundusz celowy zarządzany przez ZUS)

3) dotacja specjalna z budżetu państwa równa wysokości składki emerytalnej przekazanej do OFE

Idea jest taka, że pkt 1,2,3 to wszystkie źródła dochodów. Niestety co roku mamy "dziurę" w budżecie ZUSu. Dziurę łatamy tak:

4) dotacja wprost z budżetu państwa na pokrycie "dziury"

5) kredyty z banków komercyjnych na pokrycie "dziury"

 

Wydatki ZUSu to:

1) emerytury, renty (rodzinne,z tytułu niezdolnosci do pracy, wypadkowe) i różne różniste zasiłki (rehabilitacyjne, chorobowe, macierzyńskie, pogrzebowe)

2) zwracanie zaciągniętych w bankach komercyjnych kredytów

3) koszty administracyjne.

 

Zgodnie z danymi statystycznymi ze stron internetowych ZUS w całym 2008 r. tylko 60% wpływów pochodziło ze składek, a 97% wydatków szło na emerytury, renty i zasiłki.

Dopóki więc pojawiają się nowi emeryci, renciści, zasiłkobiorcy dopóty wydatki będą rosły. Maleją przede wszystkim gdy umierają.

 

Wydatki będą ciągle rosły, bo ludzie coraz dłużej żyją, ale od 2029 roku będą rosnąć w mniejszym tempie. Dlaczego? Ano dlatego, że na emerytury zaczną przechodzić ludzie urodzeni po 31 XII 1968 r.,a więc tacy dla których II filar w postaci OFE był już obowiązkowy, a zatem tylko część ich emerytury będzie wypłaca ze środków ZUS a reszta z OFE.

 

Od lat jako sposób na zmniejszenie wydatków ZUS proponuje się zwiększenie wieku emerytalnego. Teraz proponują emeryturę po 67 r. życia. Zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn.

 

Masakra. Jak dla mnie jest to kompletnym nonsensem, ponieważ czym pracownik starszy tym mniej wydajny. Obojętne czy to praca fizyczna czy umysłowa. Ci którzy chcą pozostawać aktywnymi zawodowo aż do śmierci albo przynajmniej do 70 r. życia, to wg wszelkich badań i sondaży tylko 10% ludzi. Są to zazwyczaj przedstawiciele wolnych zawodów i przedsiębiorcy.

 

Ja rozumiem, że nie ma innego sposobu jak wypłacanie bieżących rent i emerytur z bieżących pieniędzy. Pokolenia naszych dziadków i rodziców nie miały możliwości oszczędzania w formie emerytur kapitałowych, więc to pokolenie obecnie pracujące musi niestety na nich łożyć i nie ma tu innego wyjścia.  Nie mogę tylko zrozumieć dlaczego Państwo decyduje o tym ile pieniędzy mam oszczędzać w kapitałowej emeryturze w postaci mało efektywnego OFE. (Dlaczego jest mało efektywne? Bo ma narzucone ustawowo bariery w co ile może maksymalnie i minimalnie inwestować.) W dodatku to Państwo decyduje w jakim wieku moje przymusowo oszczędzone pieniądze mogą być mi wypłacane. Wiek emerytalny wg mnie jest jedną z największych opresji państwa jakie tylko można zastosować. Jest to tak zabieranie wolności i własności i to już nawet nie powinno oburzać wielkich liberałów, ale dziwię się że Kościół Katolicki nie grzmi. Przecież wolność i własność do granic subsydiarności albo subsydiarność do granic wolności i własności to podstawa nauki społecznej kościoła katolickiego.

Stukroć bardziej wolałbym płacić większy podatek VAT (najlepiej przez wprowadzenie jednej stawki 15%) mając świadomość, że to własnie z tego podatku idą pieniądze na obecnie wypłacane emerytury i renty moich dziadków, wujków, ojców, niż mieć obowiązkowy wiek emerytalny.

 

Temat jest długi dlatego w dalszych wpisach będę pisał o moich pomysłach na reformę systemu emerytalnego, aby powoli i bezboleśnie przechodzić do systemu prywatnych emerytur.

 

środa, 24 lutego 2010
Trybunale, mój Trybunale cóżeś Ty uczynił

Mój plan wielkiego gospodarstwa ekologicznego z tanią siłą roboczą w postaci "pensjonariuszy" zakładu karnego spełzł na Nietzschem. Trybunał Konstytucyjny uznał, że połowa najniższego wynagrodzenia za pracę to dla skazanych za mało. Jako, że zakład karny z wynagrodzenia skazanego pracującego poza zakładem też sobie coś potrącał, to taki skazaniec netto dostawał 111 zł miesięcznie. Teraz będzie dostawał 222 zł. O ile będzie dostawał.

Problem polega na tym - co chyba Trybunał Konstytucyjny zapomniał - że obecnie z 75 tys. osadzonych w zakładach karnych w całej Polsce, pracuje poza zakładem tylko 16 tys. Na pewno część z nich nadal będzie zatrudniana przez dotychczasowego pracodawcę choćby dlatego, że są fachowcami w tym co robią. Większość jednak pracuje tylko dlatego, że jest o połowę tańsza od normalnego pracownika.

I pewnie za rok dojdzie to tego że na 75 tys. osadzonych poza zakładem będzie pracować 1,6 tys. ludzi.

Ech Trybunale, Trybunale, cóżeś Ty uczynił.

 
1 , 2 , 3